Parafia Matki Bożej Królowej Polski
Rozważania Adwentowe PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
poniedziałek, 08 grudnia 2014 10:39

               Czekamy… na spotkanie, na jakieś wydarzenie, na ukończenie czegoś. Jako małe dzieci czekamy aż będziemy dorośli, aż spełnią się nasze marzenia. Któż z nas nie pamięta oczekiwania na upragniony świąteczny prezent albo na wakacje po przeżytym kolejnym roku szkolnym… Czekamy na wyniki matury… Bo od tego zależy czy uda się dostać na kierunek studiów umożliwiający realizację w przyszłości ważnych celów. Czekamy na polepszenie stanu zdrowia. Nikt nie lubi chorować… Z nadzieją wyglądamy więc dnia kiedy w końcu lepiej się poczujemy, kiedy będziemy mogli wyjść na dwór, kiedy wstaniemy z łóżka. Wreszcie czekamy na kogoś. Z różnych powodów, ale pośród nich jest jeden niezwykle istotny – chcemy z kimś być. Zakochany czeka na spotkanie z ukochaną… Nie żeby czegoś się dowiedzieć, nie żeby coś jej powiedzieć, choć to też są ważne motywy, ale żeby… być z nią. Co jest wspólne dla tego krajobrazu oczekiwania, który pokrótce nakreśliliśmy? Pragnienie szczęścia, spełnienia. Nie czekamy po to, żeby w końcu było gorzej, trudniej. Żywimy w sercu nadzieję, że oczekiwanie doprowadzi mnie do doświadczenia tego, że warto było czekać, warto było się trudzić. Że moje marzenia, pragnienia nie są nierealne, niespełnialne, ale są po prostu wołaniem o coś/kogoś. Wołaniem, które znajduje odpowiedź!

Słowo „Adwent” pochodzi od łacińskiego „adventus” co oznacza „przyjście”. Skoro przyjście to tego czegoś/kogoś jeszcze nie ma. Adwent więc zawiera się w dynamice czekania. I teraz dwa wyzwania dla mnie, dla Ciebie. Pierwsze. Wyłącz teraz swoje myślenie, analizowanie, ocenianie a spróbuj poczuć w głębi: na co/kogo czekasz? O czym często myślisz w swoim życiu, czego głęboko pragniesz? Niech to pytanie ciągle będzie „z tyłu twojej głowy”. Drugie. Kiedy my katolicy myślimy o Adwencie, Wielkim Poście, to na uwadze mamy jedno. Coś by wypadało w tym czasie zrobić, zmienić, za coś trzeba się wziąć. Proszę Cię, w tym Adwencie wyłącz to myślenie. Ten czas nie jest po to, żeby się zmieniać. To jest czas oczekiwania. Co to znaczy oczekiwać? Zobaczymy w trakcie naszej adwentowej drogi.

Słyszymy w pierwszą niedzielę Adwentu fragment z księgi proroka Izajasza. Słowa te wyrażają skargę Izraela, który w czasie wygnania doświadcza zagubienia, doświadcza niespełnienia obietnic, które otrzymał. Jak nigdy do tej pory w sercu Izraelitów odzywa się wołanie o pomoc. Oczekują zmiany swojej sytuacji, ale dlatego, że doszli do momentu bez wyjścia, do momentu własnej bezradności. I ta perspektywa staje się wzorcza dla zrozumienia przez nas rzeczywistości oczekiwania. To wołanie Izraela o pomoc nie jest dodatkiem do ich codzienności, nie jest jeszcze jedną rzeczą, której oni potrzebują by żyć wygodnie, ale ono stanowi o ich być albo nie być. Oni oczekują ratunku, oczekują przyjścia Odkupiciela, ale nie są w stanie niczego uczynić poza tym, że ich życie będzie oczekiwaniem na Niego. Będzie czujnością, by nie przegapić przyjścia tego, który może ich uratować.

Sensem oczekiwania nie jest to, co „ja” zrobię, ile rzeczy „ja” przygotuję. Jezus wyraźnie mówi w Ewangelii z tej niedzieli, że oczekiwać to znaczy „czuwać”. Nie: robić to czy tamto, ale jak odźwierny, czyli ten, który jest we drzwiach, na progu – czuwać. To „czuwać” oznacza zrobić miejsce w swoim sercu dla tego, który przychodzi. Oznacza nie tyle być zajętym swoimi sprawami, ale wypatrywać Innego. Naszym problemem życiowym nie jest to, że nic nie robimy. My ciągle coś robimy: czytamy, oglądamy TV, słuchamy muzyki, rozmawiamy przez telefon, mamy komórkę przy sobie 24 h… I dlatego, że ciągle coś robimy to nie czuwamy. Ilość rzeczy, spraw, wysyłanych informacji jest tak duża, że nie jesteśmy w stanie ich selekcjonować. Nie jesteśmy w stanie się nad nimi zastanowić. Dlatego tracimy orientację życiową. Wiemy, że coś się dzieje, ale nie wiemy co z tym zrobić. Dlatego Bóg wylewa na początek na nas kubeł zimnej wody w postaci słów proroka Izajasza: „My wszyscy byliśmy skalani, a wszystkie nasze dobre czyny jak skrwawiona szmata”. Wszystkie nasze dobre (!) czyny jak skrwawiona szmata, tzn. wszystkie one okazały się daremne. Nasze dotychczasowe działanie, nasze życiowe zabiegi, nawet te, które w naszej ocenie były dobre, okazują się chybione. Nie trafiają w to co jest naszą najgłębszą tęsknotą, nie zawierają tego, na co tak naprawdę czekamy. Paradoksalnie to dobrze, bo dzięki temu możemy zacząć od początku… Po pierwsze, czego szukam, pragnę? To za czym dążę to moje osobiste pragnienie szczęścia, spełnienia. Konieczne by to sobie uświadomić. Po drugie, nie chodzi o to bym jedynie ja coś robił (zapatrzenie w siebie), ale bym zaczął żyć, czuwając – oczekując. Czyli nie tylko myślał o tym, że najważniejsze jest to czego „ja” pragnę, co mi się wydaje jedynie słuszne, ale że mogę się spotkać z Kimś innym, z kimś, kto może przyjść do mnie.

„Ten, kto jest wolny od wszelkich trosk, w spokoju oczekuje przyjścia Pana. Cóż to byłaby za miłość ku Chrystusowi, lękać się, że przyjdzie? Miłujemy Go i boimy się, że przyjdzie. Czy naprawdę miłujemy?” (św. Augustyn).

Ks. Michał Oleksowicz




Tydzień temu wyruszyliśmy w wędrówkę adwentową, przyjmując za „klucz” do przeżycia tego czasu rzeczywistość oczekiwania. Również i Słowo Boże II niedzieli adwentu pogłębia nasze spojrzenie na podjęty przez nas temat. Prorok Izajasz wzywa do przygotowania dróg dla Pana. Św. Piotr w drugim czytaniu przypomina nam, że Pan obiecał swoje przyjście i tego dokona. A w Ewangelii staje przed naszymi oczyma postać św. Jana Chrzciciela, którego życiowa misja polegała na oczekiwaniu Mesjasza 
i wskazaniu Jego przyjścia. W świetle dzisiejszego Słowa Bożego zapytajmy się więc ponownie co to znaczy oczekiwać?

Na co/kogo czekasz? O czym często myślisz w swoim życiu, czego głęboko pragniesz? Tak… mamy pragnienia. Nosimy w sobie bardzo wiele, różnych pragnień. Kiedy myślimy o naszych pragnieniach, to zaraz intuicyjnie pojawia się w nas obraz szczęścia: przecież ja tego pragnę, a skoro pragnę to znaczy, że wydaje mi się to dobre, a więc kiedy to będę miał, to będę szczęśliwy… Ten prosty mechanizm działa wewnątrz nas.
Ale… Po pierwsze, zobacz, że kiedy pragniesz jednej rzeczy i ją zdobędziesz, to zaczynasz chcieć czegoś innego, czegoś jeszcze więcej. Zaczynasz myśleć, iż dobrze, że coś zdobyłem, ale gdybym osiągnął tamto, to wtedy… Co to znaczy? Dobro, którego właściwie i przede wszystkim oczekujemy to dobro nieskończone! Tym dobrem jest życie polegające na rozkoszowaniu się samym Bogiem. Jesteśmy dziećmi Boga, więc mamy prawo oczekiwać od Niego tego co najlepsze. Dlatego św. Tomasz z Akwinu pisze, że „nie należy bowiem spodziewać się od Boga czegoś mniejszego, niż On sam” . Ale czy mam świadomość tego, że tak naprawdę szukam Boga w tym co czynię każdego dnia; że tak naprawdę tylko On może wypełnić moje poszukiwanie szczęścia do końca? Jeśli nie, to warto bym sobie uświadomił drugi – komplementarny wobec pierwszego – bardzo prosty mechanizm.
Z genialną przenikliwością wyjaśnia go starzec Zosimos w „Braciach Karamazow” Fiodora Dostojewskiego, mówiąc po prostu o każdym z nas: „Rozumiejąc przez wolność mnożenie i jak najszybsze zaspokajanie potrzeb, wypaczają własną naturę, bo wzbudzają w sobie mnóstwo bezsensownych i głupich pragnień, przyzwyczajeń i najniedorzeczniejszych fantazmatów. Karmi ich jedynie wzajemna zawiść, żądza użycia i pycha. (…) Ubodzy poczucie niezaspokojenia potrzeb i zawiść tłumią na razie pijaństwem. Wkrótce jednak zamiast wódki upiją się krwią, do tego się ich popycha”. Mocna diagnoza, ale jakże trafna. Tak, mamy pragnienia. Ale niektóre z nich mogą być głupie i bezsensowne! Co to znaczy? Że niektóre z naszych pragnień nie kierują nas w stronę tego, co jest prawdziwym celem naszego życia. Niektóre z tych pragnień są chybione, zatrzymują się jedynie na poziomie chwilowego doznania. Ale (!) każde pragnienie, jak sama nazwa wskazuje, domaga się zaspokojenia – stąd pijaństwo, zawiść, agresja, żądza krwi jako doraźne sposoby zaspokojenia naszych tęsknot. Niestety, ale niektórym „możnym tego świata” zależy byśmy mieli w sobie wiele bezsensownych i głupich pragnień. Dla przykładu: żebyśmy, mając jeden model telefonu, myśleli już o zakupie kolejnego. Byśmy po prostu coraz więcej chcieli, a coraz mniej zastanawiali się nad tym, czego chcemy i po co tego chcemy.

Dlatego prorok Izajasz wzywa by usunąć to wszystko co zaśmieca krajobraz mojego serca, co nie pozwala mi poczuć sensowne pragnienia. „Niech się podniosą wszystkie doliny, a wszystkie góry i wzgórza obniżą; równiną niechaj się staną urwiska, a strome zbocza niziną gładką”. Usunąć przeszkody, czyli to co odgradza mnie od Boga. Nie w tym znaczeniu,
że od dziś nie mam korzystać z osiągnięć cywilizacji, dóbr materialnych. Chodzi o to, że tylko wtedy, kiedy będę miał jasną świadomość celu mojego życia, to „wtedy się chwała Pana objawi, zobaczy ją wszelkie ciało”, dlatego, że nic tej chwały nie będzie przesłaniało. Urzeczywistnieniem radykalnym takiej postawy jest postać św. Jana Chrzciciela. Żyje na pustyni w ubóstwie. Jego ubóstwo (je tylko miód i szarańczę) nie jest sztuką dla sztuki, nie jest wyczynem dla ukazania własnej świętości. Ale właśnie ono chroni go od doczesności. Zabezpiecza go przed głupimi, bezsensownymi pragnieniami a tworzy miejsce dla tego, który ma nadejść. Jest stworzeniem przestrzeni, która woła o wypełnienie, ale nie byle czym…

Z czego mogę zrezygnować w czasie Adwentu? Rezygnować nie w tym znaczeniu, że chcę rozpocząć czas mojego wysiłku, pracy nad sobą,
że trzeba coś postanowić. Ale mogę zrezygnować dlatego, że w wielu moich codziennych sprawach nie szukam „nowego nieba i nowej ziemi”, o których pisze św. Piotr, lecz tracę siły na rzeczy głupie i bezsensowne. Zrezygnować z tych rzeczy nie oznacza podjąć wysiłku, ale zrezygnować z daremnego wysiłku (!), który nie prowadzi mnie ku temu czego tak naprawdę pragnę… Czy jestem gotów rezygnować, po to by pełniej żyć?

Ks. Michał Oleksowicz

 

Poprawiony: poniedziałek, 08 grudnia 2014 11:01